Wiosenne poszukiwanie karpi

Gdyby za każdym razem gdy słyszę, że wędkarstwo karpiowe jest nudne, ktoś płacił mi parę złotych, byłbym już milionerem. I przyznam szczerze – niektóre zasiadki potrafią czasem porządnie znużyć. Zwłaszcza, gdy kilkanaście godzin poświęcenia nie zostanie zwieńczone rybą. Niemniej i tak lubię łowić karpie, a na zabicie tej sporadycznej nudy znalazłem sposób – ich aktywne poszukiwanie.
Wiosna to chyba najbardziej chimeryczny pod względem brań okres roku i reguła ta, dotyczy szczególnie karpi. Amplitudy temperatur sięgały ostatnimi czasy nawet dwudziestu-kilku stopni. Nic więc dziwnego, że metabolizm ryb dosłownie wariuje, a one same raz potrafią jeść jak głupie, by chwilę później zupełnie przestać żerować.
Nie raz przekonałem się, że w takiej sytuacji nęcenie jednego miejsca, zwyczajnie nie ma sensu. Ryby trzeba poszukać, trzeba się za nią udać i podetknąć jej przynętę praktycznie pod sam pysk.

9432_fullsizerender-1
Dzień nad wodą zaczynam więc od rekonesansu – niezależnie czy jest to większe jezioro, czy mniejszy staw komercyjny – pierwszą godzinę lub dwie poświęcam na dokładne sprawdzenie miejsc i zlokalizowanie karpi.
Wiosną za dnia, ryby ustawiają się głównie na wypłyceniach – w okolicach zwalonych drzew, trzcin czy wąskich przesmyków. Jeśli są to miejsca, obfitujące latem w roślinność podwodną możemy być wręcz pewni, że znajdziemy tam karpie. Na takie wstępne oględziny nie zabieram ze sobą sprzętu (zostawiam go w samochodzie), dobrze jednak mieć przy sobie lornetkę, wyposażoną w filtr polaryzacyjny – to często przydatna, choć nie konieczna fanaberia, która pomoże nam namierzyć ryby.

img2265-2
Jakich oznak szukamy? Ano, obserwujemy wodę w poszukiwaniu bąbli powietrza, uwalnianych z dna przez żerujące ryby. Nie spodziewałbym się raczej ujrzenia karpia chodzącego wierzchem (takich widoków doświadczyć można głównie latem). Drugą oznaką mogą być spławiające się sporadycznie w danym miejscu ryby. Musimy mieć jednak świadomość, że niekoniecznie w tym właśnie miejscu również żerują. Trzecim sygnałem obecności karpi (a także amurów) mogą być poruszane przez nie trzciny czy gałęzie.
Często na stawach komercyjnych, taka „wyprawa zwiadowcza” zajmie nam kilkanaście minut, a przeniesienie sprzętu w ciekawsze miejsce może okazać się kwestią zrobienia kilkunastu kroków. Naprawdę warto się na nią udać.

img2299Po krótki rekonesansie opcje są dwie: pierwsza bardziej optymistyczna – udało nam się zlokalizować karpie w jednym lub kilku miejscach oraz druga, nieco posępniejsza – ryby ni widu ni słychu. W obu przypadkach, nęcimy wszystkie ciekawie wyglądające miejsca po kolei, zaczynając od tego, na którym zamierzamy łowić w pierwszym podejściu. Kilkanaście kulek wystarczy. Jeśli nie znamy dobrze wody i preferencji smakowych ryb (choć te i tak czasem, z roku na rok potrafią się zmienić), warto nęcić różnymi smakami, w różnych miejscach. Począwszy od zapachów słodkich, a na śmierdziuchach kończąc. Należy przy tym jedynie pamiętać, w które miejsce co wrzucaliśmy i zgrać wszystko, z kulką przynętową tak, by zapachy szczególnie się nie gryzły. Jeśli istnieje taka możliwość stanowisko rozkładamy w taki sposób, żeby z jednego miejsca móc równocześnie obłowić przynajmniej dwie różne, ciekawe lokalizacje.

3906_5Sprzęt:
Po pierwsze, osobiście, ograniczam się w tej kwestii do minimum. Dwie w miarę lekkie wędki (korzystam z 3,6m Robinson DynaCore Carp Master oraz Red Star Carp – 3 lbs) z równie lekkimi, grafitowymi kołowrotkami, w wygodnym do noszenia pokrowcu; lekkie stoisko lub po prostu cztery podpórki; podbierak; niewielka mata i niezbędne akcesoria w plecaku (dosłownie TYLKO niezbędne, przed wyjazdem robię dokładną segregację). Kieszenie kurtki wypycham po brzegi kulkami proteinowymi.
Jednorazowe przeniesienie się z takim zestawem o nawet kilkaset metrów nie stanowi najmniejszego problemu. Nie korzystam z namiotów i siedzisk (pod cztery litery wystarczy przecież choćby mały koc). Wszystko po to, by w razie braku efektów po godzinie czy dwóch, bez trudu udać się w inne, upatrzone i podnęcone już miejsce.
Korzystam z najprostszych rozwiązań – zestaw samo-zacinający na 60 lub 80-gramowym ciężarku z kolcami, zakończony 30-centymetrowym przyponem włosowym. Do tego metrowa rurka szybko-tonącą nad ciężarkiem. Kulkę mocuję na długim włosie. Nie stosuję kulek pływających typu pop-up, ale jeśli woda jest niezbyt przejrzysta (co wiosną zdarza się rzadko), chętnie sięgam po kulki w kolorze białym lub fluo, które często okazują się strzałem w dziesiątkę.

adder5
Gdy łowię w pobliżu zwalonych drzew lub trzcin (a to wiosną zdarza się często), hamulec kołowrotka zawsze dokręcam maksymalnie i po zacięciu, pierwsze kilka metrów trzymam rybę krótko, stosując hol siłowy. Korzystam najczęściej z czarnej żyłki (plecionka zbyt często rani kapie), aktualnie z Black Rock o średnicy 0,30mm i wytrzymałości 17kg. Im cieńsza, tym lepsza, bo słabo żerujące w zimnej, przejrzystej wodzie karpie, są szczególnie ostrożne. Trzeba jednak znaleźć złoty środek pomiędzy średnicą a wytrzymałością. Mi osobiście ten zestaw wystarcza, lecz jeśli ktoś chce mieć pewność holu, można skorzystać z grubszej żyłki. Nie zdziwcie się jednak, jeśli przełoży się to na częstotliwość brań.

adder3

Na koniec kilka praktycznych porad i powtórzenie najważniejszych punktów:
-Aktywne szukanie karpi może sprawdzić się przez cały rok, jednak najlepsze efekty uzyskamy właśnie wiosną, w okresie od puszczenia lodu do nawet końca czerwca.

-Stosujemy ciężarki mocowane na bezpiecznym klipsie (a nie przelotowe z rurką), tak żeby przy zmianie miejsca można było łatwo je zdemontować i przetransportować sprzęt bez składania wędek.

-Polecam stosowanie wędek krótkich i lżejszych, o długości najlepiej 3,3 do maksymalnie 3,6m, żeby możliwie ułatwić sobie komfort wyboru i zmiany miejsca.

-Kulki przynętowe wiążę na dłuższym niż tradycyjnie włosie (cm luzu pod haczykiem) po to, by maksymalnie ograniczyć wątpliwości słabo żerujących karpi.

-W przypadku braku brań przez godzinę, maksymalnie dwie, zmieniamy miejsce

-Zawsze podnęcamy jeszcze raz miejsce po przybyciu (kilka kulek)

-Warto dołożyć na haczyk worek PVA z odrobiną kulek i pelletu – stąd wędki z 3lbs ugięcia a nie lżejsze. W worku PVA robimy kilka dziurek i przekłuwamy haczyk w okolicach węzła, ale nie przez sam węzeł (dużo wolniej się rozpuszcza i może zostać na haczyku).

-Zestaw lokujemy zawsze jak najbliżej trudno dostępnych lub/i zarośniętych miejsc. Wymaga to pewnych umiejętności i wprawnej ręki, ale z czasem można dojść do perfekcji. Naprawdę warto ćwiczyć celność rzutów.

-Hamulec dokręcamy maksymalnie, zwłaszcza gdy łowimy w trudnym miejscu/łowisku. Na pierwszych metrach stosujemy wtedy hol siłowy. Musimy pamiętać jednak o poluzowaniu zestawu, gdy tylko karp wyjdzie na otwartą wodę.

-Jeśli istnieje taka możliwość, obławiamy dwie różne miejscówki równocześnie z jednego stanowiska. Znacząco zwiększa to nasze szanse.

-Na koniec najważniejsze – nie przekarmiamy miejsca w którym łowimy. To my szukamy ryb, a nie one naszej przynęty. Nęcimy maksymalnie kilkunastoma kulkami. Wystarczy nawet kilka sztuk, jeśli stosujemy równocześnie worki PVA z pelletem. Gdy po kilkudziesięciu minutach nie ma brań – idziemy dalej.